niedziela, 18 października 2026

WYWIAD z Magdaleną Ostrowską!

Dzień dobry!

Przychodzę dzisiaj do Was z kolejnym wywiadem, który mam uprzejmość opublikować na moim blogu. Bardzo się cieszę, że tak tłumnie przybywacie na mój blog i czytacie wpisy. Jest mi bardzo miło!


Magdalena Ostrowska-Dołęgowska – psycholog, geograf, dawniej dziennikarka sportowa i ultramaratonka. Z zamiłowania pisze szorstkie historie o dojrzewaniu i odnajdywaniu drogi do domu czy swojego miejsca na świecie. Kocha pogubionych bohaterów i stara się opowiadać z humorem o sprawach, które budzą refleksje i zostawiają w duszy autentyczny ślad.


TMS - Tylko magia słowa | MO - Magdalena Ostrowska

TMS: Gdybyś miała złotą rybkę, która spełni Twoje trzy życzenia, to o co byś ją poprosiła?
MO: Jest kilka bardzo osobistych rzeczy, o które bym poprosiła i żadna nie jest związana z pisaniem, ale jeśli miałabym skupić się na tym wątku… Poprosiłabym tylko o jedno. Żeby o moich książkach usłyszały wszystkie osoby, które mogą się w nich zakochać i które po przeczytaniu tego, co napisałam, naprawdę coś poczują.

TMS: Czy piszesz aktualnie jakąś powieść? Na jakim etapie jesteś? A może dopiero planujesz? Jeśli tak, to co to będzie? Masz już może tytuł? Gatunek? Opowiesz coś o niej?
MO: Teraz nad kontynuacją „Ojca roku”, bo dostałam mnóstwo próśb od osób, które chciałyby poznać dalsze losy Patryka i Tosi. Boję się jak jasna cholera, bo ta książka naprawdę zrobiła trochę szumu i jeśli kontynuacja ma rzeczywiście powstać, to musi być dobra. Ale mogę Ci opowiedzieć o czymś, co właśnie skończyłam. Określiłabym to jako mroczny obyczaj w klimacie domestic noir.
To historia dziewczyny, która odziedziczyła dom po babce. Samej babki nigdy nie poznała, bo ojciec zostawił ją i matkę, gdy Weronika – nasza bohaterka – miała ledwie 3 lata. Dom i odnalezione pamiętniki babki opowiadają Weronice dramatyczną historię jej rodziny, jednak prawdziwym kluczem do prawdy wydaje się sąsiad – Wiktor. To wyraźnie mroczniejsza odsłona mojej twórczości, a na podstawie pierwszych wrażeń recenzentów – mogę powiedzieć, że plot twist naprawdę wyrywa z kapci :)

TMS: Czy planujesz w głowie (na papierze lub w notatniku) pomysły na kolejne książki?
MO: Mam trochę pomysłów w notatniku w telefonie i specjalny plik w google docs. Niektóre historie siedzą tam od dawna, bo wciąż czuję się za słaba, żeby je napisać, inne – powstają po prostu. Mam wątły pomysł, siadam, zaczynam pisać plan i spod palców wychodzi coś fajnego.

TMS: Co jest Twoją inspiracją do pisania?
MO: Powiedziałabym – co daje mi pociąg do pisania. Przeżywanie emocji, których nie miałabym chęci zapraszać do swojego własnego życia, żeby nie fundować sobie emocjonalnych rollercoasterów. A poza tym – za każdym razem czuję się trochę tak, jakbym wsadzała list do butelki i rzucała ją do morza z nadzieją, że ktoś to znajdzie, przeczyta i przeżyje coś dzięki mojej historii. Szukam połączenia dusz.

TMS: Kiedy narodziła się Twoja miłość do książek?
MO: To przypływało falami. Moje pierwsze miłości to „My, dzieci z Dworca Zoo”, „Malowany ptak”, „Mistrz i Małgorzata” oraz „Mały książę”. Lubiłam, gdy książki szarpały duszę, zmuszały do przemyśleń, bo byłam młodą gniewną nastolatką, która bardzo mocno przeżywała świat. A potem ujęła mnie zupełnie inna literatura. Sapkowski i Pilipiuk. Niesamowicie mi się podobało, jak tworzyli postacie. Ile u nich było sarkazmu, uszczypliwości, charakteru. Teraz mam za sobą na świeżo „Ubika” Philipa K. Dicka i muszę przyznać, że to jednak z najlepszych książek, jakie czytałam. Uwielbiam, gdy literatura porusza wątki egzystencjalne, ale nie jest jednocześnie chłostą emocjonalną.

TMS: Czy trudno było napisać swoją pierwszą książkę? Jaki jest jej tytuł? Jakie emocje Ci towarzyszyły? Jakie przeszkody stały na Twojej drodze?
MO: Całkiem pierwszą napisałam o… bieganiu. „Szczęśliwi biegają ULTRA”. To było naprawdę spełnienie marzeń, bo pojechaliśmy z Krzyśkiem – moim byłym mężem do Boulder w Colorado, wynajęliśmy pokój w pięknym górskim domu i tam każdego ranka szliśmy na taras wśród drzew, wypić kawę i pogadać o tym, co dziś będziemy pisać. A po pisaniu biegaliśmy po górach, wspinaliśmy się na czterotysięczniki, jeździliśmy rowerami. Bajka. Pisałam książkę z widokiem na sarny i góry w tle. Jak z filmu, prawda? Tamta pierwsza książka była właśnie taka. Współpraca z wydawnictwem Galaktyka też.
A pierwsza powieść… leży w szufladzie. No dobrze – na Wattpadzie i dostała nawet wyróżnienie w konkursie „Złote Sowy Wattpada”. Pisałam ją w sposób nieskrępowany, pełna radości i naiwności. To było fantasy ze smokami, wampirami, syrenami i krakenami. Z dramatycznym wątkiem miłości i przeznaczenia. Kilka tomów. Jeszcze nie skończyłam. Ta książka to była moja pierwsza pisarska miłość. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym pisać coś innego. Ale żaden wydawca jej nie chciał. Może kiedyś.

TMS: Czy pisząc książkę, utożsamiasz się ze swoimi bohaterami?
MO: Tworzę różnych bohaterów i wielu z nich daję kawałek własnej emocjonalności. To chyba normalne. Ale nigdy nie piszę o sobie i nie wyobrażam sobie, że to ja jestem bohaterką. Raczej piszę o ludziach, których chciałabym w życiu mieć. Poza tym – lubię wcielać się w różne postaci, wyobrażać sobie bycie kimś innym, sprawdzać, jak to mogłoby być mieć inne tło historyczne, inne doświadczenia. Wtedy można przeżyć wiele żyć.

TMS: Jakie emocje towarzyszyły Ci, kiedy trzymałaś swoją debiutancką powieść w dłoniach? Czy przy kolejnych wydanych papierowych dzieciach jest tak samo?
MO: Skrajne :) Było mi szkoda, że nie zawalczyłam o adekwatną okładkę. „Insta story” zostało – niestety – ubrane w bardzo mylące szaty. Ten róż i egzaltowana postać sugerują tanie romansidło, a to zdecydowanie bardziej dramat psychologiczny, choć również bez chłosty emocjonalnej. Mimo to – bardzo się cieszyłam, że się udało i jestem za to Alegorii szalenie wdzięczna. Jednak chyba najbardziej poruszyło mnie, gdy dostałam „Ojca roku”, bo tu okładka była moim pomysłem i wiem, że to był strzał w dziesiątkę. Mnóstwo osób odnosi się do tego w opiniach. A barwiony brzeg z Tosią i Patrykiem to absolutny heart breaker :)

TMS: Który ze znanych autorów jest Twoim ulubionym?
MO: Gdybym miała patrzeć po tym, do których najchętniej wracałam, byliby to: Sapkowski, Pratchett i Pilipiuk. Ale to się zmieniało i z pewnością będzie zmieniać. Uwielbiam też Palahniuka za „Fight club” i Dicka za „Ubika” i „Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach”.

TMS: Po jaki gatunek najczęściej sięgasz i czytasz?
MO: Thriller i fantasy, a szczególne miejsce w moim sercu zajmuje science-fiction. Zawsze bardzo mnie porusza to, jak tam pokazywana jest samotność, nieuchronność, tęsknota, śmierć. Bo kiedy człowiek zostaje sam w kosmosie albo wraca do świata, w którym nie ma już nikogo bliskiego – to szczególnie przejmujące.

TMS: Gdyby miano zekranizować Twoją książkę „Ojciec roku” – kogo z show biznesu widzisz jako swoich bohaterów?
MO: O rany! Nie znam polskich aktorów. Serio. W ogóle nie za bardzo znam ludzi z show-biznesu. Wśród tych zagranicznych też zatrzymałam się lata temu. Chyba najnowsi aktorzy to ci, których znam z Diuny :)

TMS: Czy kiedykolwiek myślałaś, że będziesz pisarką?
MO: Kiedyś myślałam, że będę. Ale potem się z tego wyleczyłam. Bardzo trudno żyć z pisania, jeśli nie pisze się rzeczy super popularnych.

TMS: Jak zareagowałabyś na to, gdybyś przyjechała do obcego miasta, a ktoś rozpoznałby cię i poprosił o autograf? (Tak po prostu, bez żadnej okazji?)
MO: To już się zdarzało, w dawnych czasach, po „Szczęśliwi biegają ULTRA”. Bo ta książka to była mocna pozycja na rynku. Sprzedała się w 12,5 tysiąca egzemplarzy, miała status biegowej książki roku. Zdarzało się, że jechałam na zawody i ktoś poznawał mnie na trasie, zagadywał, mówił o książce. Poznałam dzięki niej wielu ludzi i to było bardzo miłe.
Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś zaczepił mnie w związku z powieściami, ale jedna pani znalazła mój e-mail w sieci, żeby poprosić o kontynuację „Ojca roku” – liczy się?

TMS: Jak radzisz sobie z negatywnymi opiniami, recenzjami lub konstruktywną krytyką?
MO: Jeśli krytyka jest konstruktywna – przyjmę, choć czasem mam inne zdanie i się boczę na początku, a potem mówię – okej. Coś w tym jest. Mój przyjaciel, Radek Puchała, przerabiał to ze mną wiele razy. Ale czasem krytyka jest tylko krytyką albo pokazuje, że książka nie trafia w swój target. Z taką krytyką dla krytyki też się spotkałam. Na Forum Nowej Fantastyki krytyka jest okropna i bolesna. Często służy tylko temu, żeby ktoś mógł się poczuć mądry i ważny. Nie wiem, ilu ludzi odeszło stamtąd z połamanymi skrzydłami. I mam nadzieję, że się z tego podnieśli.

TMS: Którą z wydanych powieści darzysz największym sentymentem i dlaczego?
MO: Najbardziej zależało mi na „Ojcu roku”, bo czułam, że to będzie petarda. Ale większy sentyment mam chyba do „Game mastera”, bo to książka właśnie bardziej egzystencjalna. O samotności, tęsknocie, poszukiwaniu lepszego życia i protezach, jakie daje wirtualny świat.

TMS: Co jest twoim zdaniem najtrudniejsze w wydaniu książki? Proces pisania, szukania wydawcy, dalszej pracy nad powieścią, a może promocja?
MO: Co innego na każdym etapie. Zawsze się okazuje, że góra nie kończy się za załomem, tylko jeszcze kawał drogi przed tobą. Pisanie to pikuś. To się robi z serca i to w moim odczuciu najważniejszy warunek, jeśli ma się na tej drodze wytrwać. Bo tyle razy dostajesz w tyłek, że jeśli się męczysz pisaniem – odpuścisz albo wręcz uciekniesz z płaczem.
Szukanie wydawcy to dramat, ale jak to powiedział mój dobry kolega – dłuży się tylko pierwszy rok. Oczywiście powiedział to sarkastycznie. Najtrudniej jest zostać w ciszy i uświadomić sobie, że to dopiero początek. Bo po uśrednieniu – na rynek dzień w dzień wychodzi po 16 powieści dla dorosłych czytelników. Thrillerów, obyczajówek, fantasy, etc. Nie ma tu mowy o książkach dla nastolatków, dzieci czy poradników. Same powieści dla dorosłych. A wielcy gracze mają wszystko, co trzeba, żeby zalać swoją książką rynek i pochłonąć uwagę czytelników. Załóżmy, że takich wydawców jest pięciu. A co z tą dziewiątą czy szesnastą książką danego dnia? Nikt nie jest w stanie przeczytać wszystkich powieści, które mogłyby go zainteresować. Trzeba wybierać. A zatem autor musi się przebić do świadomości czytelników, bo nawet jeśli napisze arcydzieło, to jeśli nie będzie krzyczał o nim głośno, to przeczyta je grupka ludzi i poleci ją trochę większej grupce.
Jest też wiele innych smutków, o których autorom nie wolno mówić. Dużo frustracji trzeba pokonać, żeby dotrzeć do czytelnika, który będzie mógł poczuć to, co dla niego przygotowaliśmy. Ale kiedy już udaje się do niego dotrzeć – to jest ogromna nagroda.

TMS: Co doradzisz osobie, która pracuje nad swoją pierwszą powieścią i drży nad słowem „koniec”?
MO: Powiem jej, że stety i niestety – to dopiero początek :)


BARDZO dziękuję za ten wyczerpujący wywiad i turbo ciekawy! Wczytałam się w niego i aż chciałoby się jeszcze!
Ja znam dopiero jedną książkę Magdy "Ojciec roku", ale... nie spocznę na laurach. Kiedyś nadrobię pozostałe lub większą część. Rozmowa z autorką była fascynująca i jest inspirująca. Co uważacie? :) 
Znacie twórczość pisarki? A może dopiero macie ją w planach?

OJCIEC ROKU -> RECENZJA TUTAJ, KLIK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chciałabym podziękować Wam za każde odwiedziny, za każde przeczytane słowo, to wiele dla mnie znaczy, naprawdę. Lubię dyskutować, więc jeżeli podejmiecie się dyskusji, napiszecie choćby kilka słów, ja będę szczęśliwa i zawsze odpowiem.
Raz jeszcze, dziękuję. ♥

Opisy książek w większości nowych postów pochodzą z lubimyczytać bądź niektóre wymyślam sama. ;)