środa, 30 września 2015

Niezbyt dobra wiadomość dla gadulców.

Film obejrzany spontanicznie, był wyborem mojego chłopaka. Również w niedzielny wieczór. Jak zobaczyłam głównego bohatera, to stwierdziłam, że pomimo jaki by ten film nie był, ja muszę go obejrzeć. A poza tym.. Tysiąc słów? TYLKO tysiąc słów? Wzbudziło we mnie różnego rodzaju pytania i zmusiło do obejrzenia. Czy było warto? Od razu się przyzna,m - warto było. Ale dlaczego? O tym już za moment..





TYSIĄC SŁÓW / A THOUSAND WORDS 

Reżyseria: Brian Robbins
Scenariusz: Steve Koren
Gatunek: Dramat, Komedia
Produkcja: USA
Premiera: 9 marca 2012 (ŚWIAT)

W roli głównej nikt inny jak Eddie Murphy.






Drzewo jest życiem. Gdy liście opadają, drzewo usycha. To samo jest z nami. Jesteśmy życiem. Gdy nasze zdrowie upada my umieramy. Tak jak drzewo. Tak wiele mamy wspólnego, nieprawdaż?
Jack McCall agent wydawnictwa literackiego chce zdobyć pewną książkę. Decyduje oddać wszystko, by tylko mieć tę powieść. Opiera się drzewa, które tym samym łączy bohatera z rośliną. I jeszcze nie wie, że to właśnie ono będzie limitem, którego będzie musiał strzec mężczyzna. 



Na pewno kojarzycie doktora Dolittle, prawda? Rozmawia ze zwierzętami. Ale to nie tylko ta jedna rola. Gliniarz z Beverly Hills, Gruby i chudszy, Cudotwórca, Małolaty u taty i wiele, wiele innych komedii, które bawią nas do łez. Myślę, że też się ze mną zgadzacie. Ten Pan również potrafi rozbawić do łez. Również należy do mojego grona ulubionych aktorów, ale to już od dawna. Gra dosyć ciekawe role, więc czemu miałabym nie dać mu szansy? Nawet nie żałuję, że obejrzałam tą ekranizacje. Eddie w roli Jacka, idealnie oddał całego siebie w film. W swoją rolę. Fantastycznie zagrał. Wiemy, że jest dość gadatliwym człowiekiem, znaczy widzimy to w filmach. Dlatego to jest taka jego zaleta, bo zawsze tym swoim gadaniem palnie coś głupiego. Tutaj miał ciężką rolę, musiał bowiem przestać mówić, bo tym samym tracił życie. Bohater musiał zrozumieć kilka rzeczy, które mają ogromną wartość w życiu. 

Warto też wspomnieć o pomocniku głównego bohatera, który to ciamajda asystent Aaron, w którego wcielił się Clark Duke jest godny podziwu. Raz, że śmieszy to jeszcze jego niezdarność i zbyt proste myślenie powoduje uśmiech na naszych ustach. 


Dużo akcji, śmiesznych scen dzięki czemu widz kompletnie się nie nudzi, wręcz łaknie film z prędkością sama nie wiem czemu. Kilkakrotnie wraz z chłopakiem wybuchaliśmy śmiechem, a mnie nawet zdarzyło uronić łzę ze śmiechu. Dziękuję bardzo reżyserowi filmu, za tak genialny pomysł, genialne stworzenia świata i tej historii. 

Jest to film wzruszający, zadziwiający lecz jak wspominałam mocno zabawny. Swoją premierę miał trzy lata temu, więc tak bardzo stary nie jest, być może ktoś z Was już go oglądał? Macie może podobne zdanie co do mnie? Oczywiście liczę na Wasze komentarze, z chęcią poczytam, co macie do powiedzenia akurat na ten film. 

W tej produkcji główny bohater miał pole do popisu. I to ogromnie wielkie. Przeważnie takie komedie ogląda się wraz z rodziną na kanapie przed telewizorem, więc musi śmieszyć. Jak więc pisałam wcześniej Pan Murhy fantastycznie sobie z tym poradził. Mimika, gesty wręcz komiczne - więc jak się tu nie pośmiać?

Może i wiele osób komentować, że film jest mocno przewidywalny, zabawny tak, że aż wcale, że Pan Eddie popisuje się jak zwykle przed ekranem i że staje się żałosny. Otóż.. nie dla każdego. Po to stworzono Internet zawsze można przeczytać opinie i recenzję filmu, którego chce się oglądać, więc później możecie mieć pretensje sami do siebie. 

Ja jednak uważam, że bohater jest zabawny i taki pozostanie w moich oczach. Jego role są genialne, a produkcje są bardzo trafne. Nie pamiętam, czy był jakikolwiek film z jego udziałem, który mi się nie podobał. 


Wartości, jakie nam przekazuje są tak naprawdę obecne przez całe nasze życie. Praca, brak czasu, czasem nawet złość czy choroba, zabieganie.. To oraz wiele innych czynników sprawia, że zapominamy myśleć o najbliższych. O tym, że oni nas potrzebują, że tak naprawdę i my ich potrzebujemy. Limit słów udowadnia nam, że mówimy tak naprawdę bardzo dużo, lecz nic z tego nie jest prawdziwe, są to po prostu słowa rzucone na wiatr. I tym reżyser chce nam pokazać,byśmy uważniej dobierali słowa, mniej mówili, i z sensem.

Reasumując uważam, że Brian Robbins wraz z Eddim Murhym wykonali kawał dobrej roboty. Film świetnie nadaje się do niedzielnych popołudni spędzanych w gronie rodziny, ale i nie tylko. Świetny na poprawienie humoru, chociażby trochę. Więc po stokroć polecam. :)

10 komentarzy:

  1. Uwielbiam tego aktora i nadal nie potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego do tej pory nie obejrzałam tego filmu. Z pewnością prędzej czy później to nadrobię, choćby właśnie dla samego Eddiego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to trzeba to jak najszybciej nadrobić. :*

      Usuń
  2. Eddie Murphy potrafi mnie zawsze rozśmieszyć, więc chętnie obejrzę ten film.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak rzadko oglądam filmy, tak uwielbiam tego aktora! Zawsze rozśmiesza mnie do łez. :)
    Pozdrawiam
    A.

    http://chaosmysli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Lubię komedie z Eddim Murhym w roli głównej, jednak ostatnio zauważyłam, że w tych nowszych filmach już trochę mniej mnie śmieszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, ja tak często nie oglądam filmów, więc nie mam porównania niestety.

      Usuń
  5. Nominowałam Cię do Literackie miasteczko TAG :) Więcej informacji znajdziesz w poście: http://czytanie-chwile-rozkoszy.blogspot.com/2015/10/literackie-miasteczko-tag.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie dziękuje postaram się podjąć wyzwanie i wstawić post jeszcze w tym tygodniu ;)

      Usuń

Chciałabym podziękować Wam za każde odwiedziny, za każde przeczytane słowo, to wiele dla mnie znaczy, naprawdę. Lubię dyskutować, więc jeżeli podejmiecie się dyskusji, napiszecie choćby kilka słów, ja będę szczęśliwa i zawsze odpowiem.
Raz jeszcze, dziękuję. ♥