Witajcie Moje Moliki!
Chciałabym dzisiaj spróbować opisać Wam moje wrażenia po książce, którą przeczytałam jednym tchem. Którą połknęłam w bardzo szybkim czasie i która wypaliła mi wielką dziurę w sercu. Jak wiecie debiuty traktuje poważnie. Jedną są mniej, a drugie bardziej udane, dopracowane. Trudno jest wymagać od autora cudów na kiju, gdy dopiero wkracza w świat prozy. Jednak gdy tafia się na lektury takie, jak Kolor samotności - wtedy wszystko inne przestaje się liczyć i nie ważne, czy autorka napisała dopiero swoją pierwszą ksiązkę, czy siedemdziesiątą.
Z góry przepraszam, jeśli moje dzisiejsze słowa skierowane do Was będą jednym wielkim chaosem. Pisze recenzję na świeżo i wiele mam słów w głowie, ale nie wiem, czy będę stanie je przekazać. Bo czuję się jak liść podatny na wiatr...
Rhiannon Navin - wychowała się w Bremie, w rodzinie zakochanych w książkach kobiet.Obecnie mieszka pod Nowym Jorkiem z mężem, trójką dzieci, dwoma psami i kotem. „Kolor samotności” jest jej debiutem literackim.
Rhiannon Navin - Kolor samotności
