Witajcie!
Chciałabym dzisiejszą recenzją nie zamotać Wam w głowach, a zachęcić do lektury, mimo jednej sprawy, która mocno drażniła mnie w powieści. Z tego, co się zorientowałam, nie tylko ja się krzywiłam, ale kilka innych osób też. Mimo wszystko chciałabym Was przekonać, że warto sięgnąć po Arsen. Słowem wstępu...
Bywa czasem tak, że jedno spojrzenie oczu potrafi zadziałać na nas magnetyzująco. Potrafi nas oczarować, zaczarować, a po jakimś tam czasie... rozczarować. Tak samo było z naszą główną bohaterką. A czy Wy doświadczyliście magnetyzującego spojrzenia? Jednocześnie będąc z kimś innym? Wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? Nie musicie opowiadać tych historii. Zdaje sobie sprawę z tego, że mogą być one mocno intymne, ale wystarczy, że potwierdzicie lub nie. Przejdźmy już może do samej książki.
Mia Asher - pisarka, beznadziejna romantyczka, cyniczna marzycielka i osoba wierząca. Odrobinę szalona - ale kto z nas jest w stu procentach normalny? Wierzy w szczęśliwe zakończenia, choć wie, że w rzeczywistości nie wszyscy mają na tyle szczęścia, by ich doczekać. PREMIERA: 15.11.2017
Mia Asher - Arsen
